Trochę historii

CHCEMY BYĆ RODZINĄ
W kwietniu 1998 r PRZYJACIEL DZIECKA pisał: Rodzinne domy dziecka (rdd) mają już kilkudziesięcioletnią tradycję. Pierwsze takie domy powstały bowiem w Polsce już w 1958 roku.
CHCEMY BYĆ RODZINĄ

Rodzinne domy dziecka (rdd) mają już kilkudziesięcioletnią tradycję. Pierwsze takie domy powstały bowiem w Polsce już w 1958 roku. Inspirującą rolę przy ich tworzeniu odegrały myśli Kazimierza Jeżewskiego, twórcy gniazd sierocych, stanowiących pierwowzór dzisiejszych rodzinnych domów dziecka oraz wiosek dziecięcych.

 Powołując rodzinne domy dziecka kierowano się założeniem, że jest to forma opieki nad dzieckiem nie tylko tańsza, ale także i bardziej korzystna dla rozwoju dziecka, niż domy dziecka. Specyfika rdd polega bowiem m.in. na tym, że chociaż formalnie zaliczane są do placówek, w praktyce realizowany jest w nich w pełni model życia rodzinnego. Dodajmy, model rodziny wielodzietnej. Są także szansą wychowywania się w warunkach rodzinnych licznych rodzeństw pozbawionych opieki ze strony rodziców.

W dyskusjach na temat koniecznych zmian w naszym systemie opieki nad dzieckiem, dostrzega się i docenia znaczenie rodzinnych domów dziecka. Wszyscy są za, ale z drugiej strony – notuje się w ostatnich latach spadek liczby rdd. Dlaczego tak się dzieje? Jakie są podstawowe problemy, z jakimi borykają się na co dzień rodzice w rdd?

Odwiedziłam w marcu br. Jeden z rodzinnych domów dziecka w mieście wojewódzkim.

„Nie chcemy, aby nasze dzieci odczuwały, że wychowują się poza normalną rodziną. Chcemy być dla nich rodziną, nie placówką” – powiedzieli mi już na początku naszej rozmowy rodzice, którzy prowadzą ten dom. Dlatego też nie podaję adresu, ani szczegółowych informacji dotyczących powstania i organizacji życia w domu.

 MAJĄ ZA SOBĄ BAGAŻ NEGATYWNYCH DOŚWIADCZEŃ.

Zanim znalazły się w rdd przebywały w pogotowiu opiekuńczym, domu dziecka, niektóre trafiły tu bezpośrednio z własnych domów rodzinnych. Mają za sobą bagaż negatywnych doświadczeń, przeżycia, które pozostawiły trwałe ślady w ich psychice. Przybyły tu z opóźnieniami w rozwoju intelektualnym, jak i fizycznym. Wymagają wzmożonej troski i specjalistycznej pomocy. Kilkoro jest pod opieką poradni zdrowia psychicznego. Są bowiem nadpobudliwe, agresywne. „Aby zrozumieć ich emocje – jak opowiada matka rdd – trzeba sięgnąć do przeszłości, do przeżyć, które były ich udziałem, zanim znalazły się u nas. Jedno z dzieci było  świadkiem, kiedy to ojciec zabił mu matkę, inne – kiedy ojciec pobił matkę tak, że spowodowało to jej śmierć…”

Wiele uwagi trzeba także poświęcić zdrowiu dzieci, wyrobieniu nawyków higienicznych. Wszystkie pozostają pod opieką poradni kontrolowanego rozwoju. Przybyły bowiem do rdd z niedoborem wagi, wzrostu, często z wadą wzroku, niedosłuchem. Miały też duże opóźnienia w nauce.

„Trudno było pokonać ich negatywne nastawienie do nauki (<<Jeżeli jest klasówka to nie idę do szkoły>> itp.). Niechętnie zasiadały do odrabiania lekcji. Przyzwyczajenie ich do systematycznej nauki wymagało czasu i wysiłku. Większość kończy szkoły zawodowe, chociaż jest i chłopiec wyjątkowo zdolny, który ukończył Kolegium, planuje dalszą naukę. Staramy się także, aby poszerzały swoje kwalifikacje, aby w przyszłości łatwiej było im znaleźć pracę”.

Zapytałam także, czy zdarza się, że dzieci powracają do swoich biologicznych rodziców, czy utrzymują z nimi kontakty.

„Rodzice wszystkich naszych dzieci pozbawieni są praw rodzicielskich. Z własnym domem rodzinnym wiążą się – jak już mówiłam – negatywne, często wręcz okrutne przeżycia dzieci. Doświadczyły nierzadko agresji ze strony rodziców. Mamy np. chłopca, któremu ojciec złamał nos, powyrywał włosy, często zdarzało się, że spał na wycieraczce… Na początku, kiedy przybyły do nas pierwsze dzieci, biorąc pod uwagę ich przeszłość, moje nastawienie było zdecydowanie przeciwne jakimkolwiek kontaktom dziecka z rodziną własną. Uznałam, że od momentu przybycia dziecka do nas, jego rodzina naturalna przestaje dla nas istnieć i nie ma żadnej potrzeby poszukiwania z nią kontaktu. Doświadczenie pokazało, w jak dużym byłam błędzie…”

POSZUKIWANIA SWOICH KORZENI

„Prawda jest taka – kontynuuje moja rozmówczyni – że rodzice naturalni nie interesują się zupełnie, co się dzieje z ich dziećmi, nie ma żadnych szans na wytworzenie się bliskich więzi pomiędzy nimi a dzieckiem. Dla dziecka jednak – rodzina własna, choćby najgorsza, jest bardzo ważna. Myślę, że pobyt w najlepszej rodzinie zastępczej nie jest w stanie stłumić w dziecku tej silnej potrzeby kontaktu ze swoimi biologicznymi rodzicami. Wcześniej czy później odezwie się ten zew krwi, potrzeba odszukania swoich korzeni. Potrzeba ta nasila się szczególnie w okresie dojrzewania. Nierzadko dzieci zapominają, co spotkało je złego ze strony rodziców, idealizują ich. Np. jedna z dziewcząt, która w wieku kilku lat znalazła się w domu dziecka, chciała koniecznie poznać swoją matkę. Odszukaliśmy ją, znaleźliśmy aktualny adres. Dziewczyna była zachwycona, poznała również swojego brata. Matka obiecała, że zabierze ją na święta wielkanocne do domu. Pojechała więc. I co się okazało? Wróciła wcześniej, zupełnie załamana, przez kilka dni nie wychodziła ze swojego pokoju. Nie wracałyśmy już więcej do tego tematu, wiem, że przeżyła bolesne rozczarowanie.

 

Inny przykład. Chłopiec bardzo często wspominał matkę. Kiedyś przejeżdżaliśmy ulicą, przy której mieszkała. Odwiedził ją. Matka zwodziła go, że zabierze do siebie, kiedy ukończy czwartą klasę, potem, że zabierze, kiedy ukończy szkołę podstawową… Ta nadzieja w dziecku tkwiła. Miało to także swoje odzwierciedlenie w naszych wzajemnych kontaktach. Chłopiec długo bronił się przed naszymi uczuciami. Przeżył jednak wielkie rozczarowanie, doświadczenie ponownego odrzucenia przez matkę.

 

Kolejne przykłady. Rodzeństwo dąży do kontaktu z ojcem, którego spotkało przypadkowo na ulicy, a który już zdążył zapomnieć że ma dzieci i nie chce nadal o tym pamiętać… Inna dziewczynka często wspomina matkę, która wyjechała za granicę i nie daje znaku życia.

 Jesteśmy już obecnie przygotowani na to, że dzieci muszą przejść przez ten etap poszukiwania, tęsknoty, że muszą <<rozliczyć>> się ze swoją przeszłością w sensie emocjonalnym. Chociaż – muszę tu podkreślić – nie dotyczy to absolutnie wszystkich dzieci, które były i są pod naszą opieką. Są i takie, które od pierwszych dni pobytu u nas, chcą wymazać rodziców z pamięci, nigdy o nich nie wspominają. Ale czy rzeczywiście o nich nie myślą? Zawsze jest to dla nas problem do rozstrzygnięcia, czy i kiedy w tych poszukiwaniach dziecka pomagać. Wiemy przecież, że czeka dziecko ponowne odrzucenie. Jak pokazało bowiem nasze wieloletnie doświadczenie, jest to dążenie niestety tylko ze strony dziecka. Nie zdarzyło się, żeby to rodzice zapragnęli kontaktu z nimi”.

KIEDY DZIECKO STAJE SIĘ PEŁNOLETNIE

Dzieci poszukują swoich naturalnych rodziców, ale tak naprawdę, to wiedzą o tym, że tu jest ich prawdziwy, rodzinny dom.

 „Staramy się stworzyć dzieciom rodzinną atmosferę, zbliżyć organizację życia do takiej, jaka jest w rodzinie. Z czasem udaje nam się nawiązać bliskie, uczuciowe kontakty z dziećmi, zaczynają darzyć nas coraz większym zaufaniem, zwracają się do nas <<mama>>, <<tata>>.

Czy są przygotowane do samodzielnego życia? Czy znajdą pracę, mieszkanie?

„Staramy się już od pierwszych dni pobytu dzieci w rdd przyzwyczajać je do czekających je w życiu obowiązków. Uczestniczą w zakupach, uczą się przygotowywać posiłki, nakrywać do stołu, dbać o estetyczny wygląd swojego pokoju. Uczymy je także, jak załatwiać różne sprawy w urzędach”.

Dopóki dziecko uczy się, do 24 roku życia ma prawo mieszkać w rdd. Jeżeli natomiast ukończyło 18 lat i nie kontynuuje nauki – zgodnie z przepisami – powinno opuścić dom. Rodzice rdd pomagają im znaleźć pracę, czynią starania o zapewnienie mieszkania. Sytuacja dzieci po opuszczeniu rdd bywa różna. Zależy to od regionu, w jakim znajduje się dom. W mieście, w którym znajduje się rdd, który odwiedziłam, Rada Miasta podjęła np. uchwałę, że dzieci, które opuszczają domy dziecka a także rodzinne domy dziecka mają pierwszeństwo w uzyskaniu lokalu zastępczego. Praktycznie więc – jak zapewnia mnie moja rozmówczyni – wszystkie dzieci po odejściu z rdd mają zapewnione mieszkanie.

 „Jednakże nie jest tak, że po opuszczeniu naszego domu zrywają z nami kontakt. Chociaż formalnie, jeśli na rdd spojrzeć jak na placówkę – nie są już pod naszą opieką. Sądząc po naszych dalszych kontaktach, jesteśmy dla nich więcej niż placówką, jesteśmy rodziną. Odwiedzają nas w czasie świąt wielkanocnych, Bożego Narodzenia, zapraszają na wesela, chrzciny…”

CO NALEŻY ZMIENIĆ

W dyskusjach na temat rdd – jak już pisałam – często podkreśla się, że koszty utrzymania jednego dziecka są niższe niż w domu dziecka, że są korzystniejsze wychowawczo dla dzieci. Jednocześnie mówi się o tym, że wiele rdd ulega likwidacji z powodu trudnej sytuacji finansowej.

Oprócz otrzymywania przez rdd określonych przepisami pieniędzy, rozwiązania wymagają także sprawy związane z przejściem rodziców rdd na emeryturę, i – co jest z tym związane – naborem dzieci. Rozwój rdd powinien zmierzać – jak postulują rodzice – w kierunku modelu jednopokoleniowej rodziny wielodzietnej. Obecnie jest tak, że zawsze musi przebywać w rdd określona przepisami liczba dzieci. Dopiero na dwa lata przed przejściem rodziców na emeryturę liczba dzieci może być mniejsza. Bywa jednak w praktyce i tak, że rodzicom brak jest kilku lat do emerytury, ale nie czują się już na siłach wychować do pełnoletności nowe dziecko.

„My np. – opowiada matka – po wielu latach prowadzenia domu, nie czujemy się już na siłach dobierać nowe dzieci. Patrząc w przyszłość, myślimy o takiej formie pracy, jaką są pogotowia rodzinne . Są to formy opieki zastępczej nad dzieckiem, na które pozwalają istniejące obecnie przepisy, a które rzadko są realizowane w praktyce. Chodzi tu przede wszystkim o to, aby dzieci bardzo małe, spędziły okres oczekiwania na uregulowanie swojej sytuacji prawnej, w warunkach rodzinnych. Mamy wówczas świadomość, że zabieramy dziecko tylko na określony czas. Ta forma opieki jest bardzo potrzebna, uchroni dziecko przed negatywnymi skutkami pobytu w domu dziecka. Przebywa w rodzinie zastępczej tymczasowo, tak jak u cioci czy babci, po czym zostaje powierzona do adopcji bądź też powraca do własnej rodziny biologicznej (o ile rodzinie tej udało się w tym czasie uporać z własnymi problemami)”

Niewątpliwie uregulowania wymaga także kwestia zatrudnienia w rdd współmałżonków. Postuluje się także, aby domy te zmieniły nazwę, by nie wywoływały skojarzenia z domem dziecka. Ideałem byłoby także, gdyby do rdd trafiały dzieci jak najmłodsze, bezpośrednio z rodzin lub z pogotowia opiekuńczego, a nie po wieloletnim pobycie w domu dziecka. Problemów jest wiele. Wymieniłam tylko niektóre.

* * *

Na zakończenie chciałabym tylko zaakcentować (chociaż moi rozmówcy o tym akurat nie mówili), że rodzice rdd otrzymują wynagrodzenie według stawek przewidzianych dla wychowawców w domu dziecka. Rodzicom tym trudno jest jednak „pójść” na zwolnienie lekarskie, „zakończyć” dyżur, wykorzystać urlop… Jest to praca trwająca praktycznie całą dobę.

 „Jesteśmy dla dzieci rodzicami. – akcentują – Otrzymują od nas nie tylko jedzenie i ubranie, ale także coś więcej – miejsce w sercu”

 Marzena Kostka

PRZYJACIEL DZIECKA  I – III 1998 r

 


Zwyczajny dom

27 czerwca 1997 r DZIENNIK ŁÓDZKI pisał: Nie urodziły dzieci a mimo to są matkami. Pani Teresa… Pani Krystyna…
Zwyczajny dom

Nie urodziły dzieci a mimo to są matkami. Pani Teresa, przystojna, energiczna pani inżynier nie założyła własnej rodziny. Tak się ułożyło. Czuła jednak, że urodziła się na matkę. Dlatego przyjęła do swojego domu porzucone dzieci. Pani Krystyna B. , z zawodu nauczycielka rosyjskiego, nie mogła zostać matką. Dziś z mężem prowadzą rodzinny dom dziecka. Oprócz dzieci zdrowych, wychowują niepełnosprawne.

 – Dzieci niepełnosprawne zwykle nie mają w Polsce szans na adopcję, ani na przyjęcie do rodziny zastępczej – mówi Henryka Stępień-Danielak, dyrektorka Ośrodka Opiekuńczo-Adopcyjnego w Łodzi, – Rodziny chcą przysposabiać zdrowe dzieci, nie stwarzające problemów.

Beatka 

Miała roczek, kiedy stała się bohaterką telewizyjnego reportażu. Matka zostawiła ją na ulicy. Pani Teresa pamięta, jak wstrząsnęła nią to historia. Od razu zaczęła szukać po domach dziecka tej małej. Nie wiedziała, że wycieńczoną i schorowaną dziewczynkę zabrano do szpitala. Potem Beatka trafiła do domu małego dziecka na Lnianą. – Tam po raz pierwszy ją zobaczyłam – mówi pani Teresa. – Miała 2,5 roku, chore nerki, opadniętą powiekę na jednym roku, była wymizerowana. Zachowywała się jak zwierzątko. Na widok każdej obcej osoby chowała się pod meble. Toteż wszyscy byli zdziwieni, że podeszła do mnie.

Pani Teresa chciała właśnie adoptować kolejne dziecko, Miała już 7-letnią Marysię, która trafiła do jej domu jako miesięczne niemowlę. Matka, kobieta po wyższych studiach, zrzekła się jej. Kiedy Pani Teresa chciała adoptować drugie dziecko, dano jej do zrozumienia, że ma chyba bzika. Odmówiono nawet przyjęcia dokumentów. Znajomi i rodzina nie mogli jej zrozumieć: Jedno dziecko, zgoda, ale po co następne? W końcu udało się adoptować Beatkę. – Tylko dlatego, że nie miała szans na adopcję. Uważano ją za opóźnioną w rozwoju. Kazano mi nawet podpisać oświadczenie, że wiem, że biorę takie dziecko. To była bzdura. Dziewczynka miała po prostu zaawansowaną chorobę sierocą. Długo z tego wychodziła. Do dziś pozostały ślady. Jest bardzo pobudliwa. Kończy teraz ósmą klasę. Jest inteligentną, normalną dziewczyną.

[…]

Przemienię cię w Marka.

 Na bloku nie ma tabliczki Rodzinny Dom Dziecka. – Choć na funkcjonowanie domu dostajemy pieniądze od państwa, robimy wszystko, aby nie była to instytucja – mówi pani Krystyna z zawodu nauczycielka rosyjskiego. – Chcemy prowadzić normalny dom.

Wszystko zaczęło się od Piotrka i Pawła, których adoptowali z mężem, bo nie mogli doczekać się własnych dzieci. – Kiedy do nas przyszli mieli po pięć lat. Zmieniliśmy im imiona, daliśmy swoje nazwisko.

Długo pod ich poduszką matka znajdowała schowany chleb… Bawili się w wykradanie dzieci z domów dziecka. Szykowali dla nich zabawki. „Gdzie te dzieci położycie?” – pytała pani Krystyna. „Znajdzie się miejsce” – uspokajali ją. Kiedyś usłyszała, jak jeden groził drugiemu: „Zobaczysz, ja cię przemienię w marka Kujawskiego”. Marek Kujawski to było poprzednie imię i nazwisko chłopca… Wiedziała, że są tu szczęśliwi, a dom dziecka to koszmar, którym można tylko postraszyć.

Po dwóch latach przyszło jej i mężowi podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu: założyli rodzinny dom dziecka. Planowali adoptować jeszcze jedno, może dwoje dzieci, a tu pani Henryka Stępień, dyrektorka ośrodka adopcyjno-opiekuńczego TPD mówi o piątce… – Właśnie miał paść jeden z rodzinnych domów, dzieciom groził sierociniec. Strasznie to przeżywały. Bardzo zawiedliśmy mojego ojca, który chciał, żebyśmy przejęli po nim firmę, a my wybraliśmy dzieci. Musieliśmy tak postąpić, gdyż poczucie winy nie opuściłoby nas nigdy.

Ewa

Dziś w domu państwa B. Jest piętnaścioro dzieci. Wśród nich jest 10-letnia Ewa. Matka nie wzięła jej ze szpitala po operacji. Dziewczynka jest po porażeniu mózgowym. – Kiedy do nas przyszła przed trzema laty, broniła się przed słowami „córeczko”, „dziecko”. W pogotowiu opiekuńczym była po prostu Ewą. Byłam przerażona, bo wiedziałam ile pracy wymaga to dziecko, ale mimo to w pół godziny podjęliśmy decyzję, że bierzemy ją do nas.

Po trzech latach w niczym nie przypomina dawnej dziewczynki, która obijała się o ściany, prawie nie mówiła. Ciągle intensywnie ćwiczy pod opieką rehabilitantów i w domu. […] Ewa niemal cały czas jest obecna przy rozmowie. Stale ma jakieś pytanie, prośby. Każdy pretekst jest dobry, żeby się przytulić do mamy.

Matki biologiczne cieszą się, gdy dziecko rośnie, przybiera na wadze. Dla pań Teresy i Krystyny nie ma większego szczęścia niż uśmiech na twarzy dziecka, które przedtem panicznie bało się ludzi.

JOANNA LESZCZYŃSKA

Imiona i nazwiska bohaterów są zmienione.

DZIENNIK ŁÓDZKI  – 27 czerwca 1997

 


Zdrowia i cierpliwości.
25, 26 maja 1996r DZIENNIK ŁÓDZKI napisał:
W pokoju zrobiło się nagle ciasno. Czternaścioro dzieci usiadło przede mną, by powiedzieć kilka słów o mamie.

Zdrowia i cierpliwości

Piotr i Kamil  mieli pięć lat, kiedy państwo Bieleccy zdecydowali się ich adoptować. Któregoś dnia, po dwóch latach, chłopcy powiedzieli: mamo, może wzięlibyśmy wszystkie dzieci z domu dziecka. Dziś synowie mają po kilkanaście lat, a w ich domu rodzinnym ciepłem cieszy się piętnaścioro dzieci. Najstarszy syn to już w zasadzie nie dziecko – ma 21 lat. Najmłodsza jest 9-letnia Basia, chora na porażenie mózgowe.

– W 1989 roku zadzwoniła do nas Henryka Stępień, dyrektor łódzkiego Ośrodka Adopcyjnego mówiąc, że trzeba natychmiast zaopiekować się pięciorgiem dzieci z likwidowanego Rodzinnego Domu Dziecka – opowiada Katarzyna Białecka, dziś mama-opiekunka całej piętnastki.

Jeśli nie udałoby się znaleźć dla nich rodziny, dzieci wróciłyby do domu dziecka. Białeccy zgodzili się i tak się zaczęło. Drobna, uśmiechnięta kobieta, opowiadając zerka na siedzącego obok męża.

– Zdecydowaliśmy się wówczas na prowadzenie Rodzinnego Domu Dziecka. Był jeden warunek: w takiej rodzinie musi znaleźć opiekę minimum siedmioro dzieci. Spełniliśmy wymagania kuratora, wzięliśmy jeszcze dwie dziewczynki z pogotowia opiekuńczego. Zrezygnowaliśmy z pracy zawodowej, zajęliśmy się dziećmi – opowiada pani Kasia.

Dziś niektóre dzieci już się usamodzielniły. Najstarszy chłopiec jest w wojsku. Akurat przyjechał na przepustkę do domu. Sześć lat temu rodzina Białeckich otrzymała zgodę z wydziału lokalowego na zaadoptowanie 350 m kw. Po dawnym przedszkolu. Mieszkają już w przyzwoitych warunkach. Państwo zapewnia im pieniądze, odzież i środki czystości.

Życie rodzinne

Dzień w takiej wielkiej rodzinie rozpoczyna się o 7 rano, a kończy o 21. Dwie łazienki pozwalają dzieciom na szybką i bezkonfliktową poranną toaletę, a przestronna kuchnia na wygodne zjedzenie śniadania. Później każde wychodzi do szkoły.

– Tylko Basię trzeba odprowadzić do przedszkola – opowiada, tuląc najmłodszą dziewczynkę, pani Katarzyna.

Pan Zbyszek Białecki, głowa rodziny:

– Z porannym budzeniem są takie same kłopoty jak w większości rodzin. Do domu ze szkoły dzieci wracają o różnej porze, więc obiad jemy na raty. Potem odrabiają lekcje lub idą na zajęcia dodatkowe.

Wszyscy spotykają się na piątkowej, uroczystej kolacji. Pomysł tych kolacji zrodził się wspólnie, ale to dzieci dbają, by w piątkowy wieczór na stole zjawiiło się danie, najlepiej jakieś wyjątkowe, przyrządzane przez nie same.

– Dużo czasu zabierają wizyty u lekarzy specjalistów. Prawie wszystkie nasze dzieci wymagają opieki lekarskiej. Sześcioro jest pod opieką poradni zdrowia psychicznego. Dwoje poddajemy hipoterapii. Wożę je do stadniny dwa razy w tygodniu – dodaje Katarzyną, którą na krok nie odstępuje najmłodsza córeczka.

Zła kondycja fizyczna i psychiczna dzieci, to efekt wielu lat życia bez rodzinnego ciepła i miłości. Nie ma co kryć, pobyt w domach dziecka pozostawił swoje piętno.

– Każde z dzieci jest inne. Chłopcom potrzebny jest męski autorytet. Lgną do męża, ale nie jestem zazdrosna – dodaje Katarzyna.

Do pokoju wpada czterech uśmiechniętych chłopców.

– Tato, czy możemy iść na boisko pograć w piłkę? – pytają Zbyszka. – Skończyliśmy odrabiać lekcje.

Niższy drobny blondynek, na dowód pokazuje zeszyty. Tata bierze je do ręki, by sprawdzić.

– Dziewczynki mają podobne problemy jak ich rówieśnice. Gdy się ma –naście lat, tak łatwo wpada się z czarnej rozpaczy w euforyczną radość. Staramy się dyskretnie czuwać nad tą huśtawką nastrojów – wyjaśnia pani Kasia. – Nauka sprawia dzieciom wiele kłopotów. Ale mają i osiągnięcia. Systematyczna nauka, to połowa sukcesu i one to wiedzą. Byliśmy z mężem nauczycielami, doświadczenie dydaktyczne teraz się przydaje. Cieszymy się z każdej samodzielnej odpowiedzi dzieci, czy dobrze napisanego wypracowania. Najstarsza dziewczynka już studiuje. Ot, radości i smutki, jak w rodzinie – mówi pani Kasia, czule głaszcząc 9-letnią Basię po głowie.

Nasza mama

W pokoju zrobiło się nagle ciasno. Czternaścioro dzieci usiadło przede mną, by powiedzieć kilka słów o mamie. Nawet ci czterej, którzy chcieli grać w piłkę. Przyszedł również najstarszy Andrzej. Zdecydowała się puścić matczyne ramię Basia.

– Mama dużo się śmieje. Kocham ją za to, że nas kocha, że nas wzięła i że przebacza – Maciek mówi szybko i nagle milknie, jakby zawstydzony tym co powiedział. Siedzący obok Andrzej, kiwa potakująco głową.

 Gotuje pyszne  spaghetti. Dba o porządek. Zawsze znajdzie czas, aby ze mną pogadać – mówi 11-letni Dominik.

– Mamusia jest stanowcza. Rozumiem. Często zdarza się nam nabroić. Ale i tak da na lody – uśmiecha się 13-letni Adaś.

– Jestem dumna, że wygląda tak młodo – dodaje 14-letnia Joasia.

– Wszystko umie wytłumaczyć. Ma poczucie humoru – nieśmiało szepcze 16-letni Andrzej. Siedzący obok niego 14-letni Piotrek klepie go po plecach, na dowód że się z nim zgadza.

– Ja nie mówię mamo, tylko ciocia. Kiedyś w innym domu rodzinnym, który został rozwiązany mówiłem mamo, i… – 21-letni Andrzej nie chce kończyć – Jedno jest pewne: ona pokazała mi, co znaczy kochać.

– Ma w sobie tyle spokoju, cierpliwości. Okazuje nam tak wiele ciepła – uzupełniają się wzajemnie Kasia i Agnieszka.

Dzieciaki jeszcze przez godzinę opowiadały jaka jest mama. Niejedna matka chciałaby usłyszeć choć część tego, co dzieci mówiły o Katarzynie.

Dzieci proszą również o życzenia w „Dzienniku” z okazji Dnia Matki. Spełniamy ich prośbę:

Kochana Mamo życzymy ci szczęścia, cierpliwości, zdrowia i pogody ducha na długie lata.

– Jaka powinna być mama? – zapytałam na zakończenie.

– Taka jak nasza – powiedział szybko któryś z chłopców.

* * *

 – Widzewski Rodzinny Dom Dziecka prowadzony przez państwa Bieleckich jest jednym z pięciu w województwie – mówi Henryka Stępień z Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w łodzi. – Bieleccy to wyjątkowi ludzie. Wielokrotnie wykręcałam ich domowy numer telefonu, gdy chciałam podrzucić im kolejne dziecko. Zawsze słyszałam: tak, proszę przyjechać.

W Łodzi są jeszcze dwa domy rodzinne, w których żyją dzieci specjalnej troski.

– Dzień Matki to wspaniała okazja, by podziękować wszystkim kobietom, które oddały swoje serca dzieciom odrzuconym przez ich własne rodzicielki, także paniom pracującym w zwykłych domach dziecka – dodaje z uśmiechem dyrektor Stępień – Przecież to matki tylu dzieci.

JOLANTA BISKUPSKA

  1. Nie wszystkie dzieci zgodziły się na podanie prawdziwych imion. Nie przystali na to także państwo Bieleccy. Zmieniliśmy również ich nazwisko. Ale cała opowieść jest prawdziwa.

DZIENNIK ŁÓDZKI – 25,26 MAJA 1996 r